czwartek, 12 stycznia 2017

Endurance czyli niezwykła podróż Ernesta Shackletona

Dość upiorny widok Endurance skutej lodem, fot. Frank Hurley, 1915

Apsley Cherry-Garrard tak podsumował kiedyś dokonania wielkich polarników: "do naukowej organizacji wyprawy dajcie mi Scotta; do podróży zimowej Wilsona; do osiągnięcia bieguna i niczego więcej Amundsena; a gdy wpadnę w tarapaty to za każdym razem chcę mieć przy sobie Shackletona". To właśnie ten ostatni zapisał się w sposób szczególny w historii badań polarnych, choć paradoksalnie nie osiągnął żadnych większych sukcesów na tym polu. Szeroko-zakrojone wyprawy, w których brał udział zawsze kończyły się w podobny sposób - ich stawką za każdym razem okazywało się po prostu życie. I właśnie tutaj Shackleton nie miał sobie równych - z największych opresji potrafił wyjść obronną ręką. Jego ostatnia ekspedycja na Antarktydę wciąż zalicza się do najśmielszych takich przedsięwzięć.

Królewska Wyprawa Transanarktyczna pod dowództwem Ernesta Shackletona miała być ostatnim akordem w dziejach tzw. Heroicznej Eksploracji Antarktydy. Biegun został już zdobyty kilka lat wcześniej, dlatego Shackleton wyznaczył sobie inny cel - bardzo śmiały i równie ryzykowny. Otóż, postanowił przejść szósty kontynent w poprzek, przez biegun. Rzeczywistość szybko zweryfikowała te plany. Ta właściwa wyprawa jeszcze dobrze się nie rozpoczęła, a już się zakończyła gdy statek Endurance utknął w lodach w pobliżu wybrzeży Antarktydy - jak się później okazało, na dobre. Prawdziwa groza następuje jednak dopiero wtedy, gdy zmiażdżona Endurance idzie na dno, a ludzie - dosłownie i w przenośni - zostają na lodzie. Znajdują się tysiące kilometrów od najbliższych siedzib ludzkich, nikt nie wie o położeniu, a otoczeni niespokojną wodą i kapryśnymi krami nie mają nawet pewnego gruntu pod nogami. Wiecznie przemarznięci, przemoczeni i głodni zdani są wyłącznie na łaskę i niełaskę natury.

Pośrodku niczego
fot. Frank Hurley

W tej sytuacji na Shackletonie jako dowódcy wyprawy spoczywał szczególny rodzaj odpowiedzialności. Od jego osądu i decyzji zależało życie pozostałych 27-miu mężczyzn - już sama tego świadomość mogłaby wielu w podobnym położeniu przerosnąć. Równocześnie Shackleton miał też na głowie inne sprawy: musiał dbać o morale załogi i nie dopuszczać do jakichkolwiek rozłamów bądź napięć, o co w takich warunkach nie było trudno. Po wcześniejszych polarnych doświadczeniach zdawał sobie, aż nazbyt dobrze sprawę, że w grupie siła. Nie wiadomo czy Shackleton przeżywał jakieś chwile zwątpienia czy załamania, ale nigdy nie dał tego po sobie poznać. Zresztą tego po nim oczekiwano; swoją niezłomną postawą miał dawać przekład innym.

Ernest Shackleton wiele by jednak nie zdziałał bez współpracy swoich towarzyszy niedoli, którzy generalnie spisali się znakomicie. Byli wśród nich zaprawieni w bojach polarni weterani jak Frank Wild, Tom Crean czy Frank Hurley, ale dla większości takie ekstremalne warunki były zupełną nowością. Niemniej nigdy kwestionowano decyzji dowódcy, co więcej z reguły chętnie wykonywano wszelkie rozkazy. Jak wielkim szacunkiem darzono Shackletona najlepiej świadczy zachowanie rozbitków z Wyspy Słoniowej, którzy jedynej nadziei na ratunek upatrywali właśnie w swoim dowódcy. A Shackleton miał z pewnością tego świadomość i nie zawiódł. 

Mimo, że od tych wydarzeń mija już ponad sto lat to wciąż są one żywo obecne w zbiorowej świadomości. To niewyczerpane źródło inspiracji oraz bezprecedensowy przykład walki o przetrwanie w obliczu piętrzących się przeciwności. Nie należy jednak zapominać tu o roli szczęścia, którego załoga Endurance miała wyjątkowo wiele. Na przestrzeni całej ich podróży rozłożonej na lata i tysiące kilometrów bardzo wiele rzeczy mogło pójść nietak - wystarczył jeden błąd, jedna niefortunna fala czy niekorzystny wiatr by załoga przepadłaby gdzieś bez wieści. A tym większe uznanie i podziw płynie w stronę tych ludzi, że cały szereg podobnych wypraw kończył się tragicznie jak choćby te Franklina, De Longa czy Scotta. 


Jedną z publikacji poświęconych właśnie tej ekspedycji jest napisana przez Alfreda Lansinga pod koniec lat 50. "Wyprawa Endurance". I chociaż istotnie mamy tutaj do czynienia z wyjątkowo pasjonującym tematem to nie oznacza to jeszcze, że to samo dotyczy książki*. Autor skrupulatnie wywiązuje się ze swego zadania, ale jak się wydaje największą uwagę przykłada do atmosferycznych i geograficznych aspektów towarzyszących rozbitkom. W konsekwencji książka ma trochę zaburzone proporcje, gdzie opisy przeprawy przez morze czy góry ciągną niemal się w nieskończoność. Zamiast o kolejnej fali czy grani wolałaby poczytać o reakcjach załogi wystawionych na te ciężkie próby. Na szczęście mamy też sporo wyimków z dzienników uczestników wyprawy, ale nadal nic nie stało na przeszkodzie by przytoczyć szersze fragmenty. Książka też aż prosi się o porządny epilog (z uwzględnieniem perypetii Aurory po drugiej stronie Antarktydy albo choćby dalszych losów Shackletona). W rezultacie powstała wyczerpująca, choć momentami monotonna relacja, której głównym mankamentem jest to, że stosunkowo mało miejsca poświęcono w niej ludziom. 

*Osobną kwestię stanowi polskie tłumaczenie (Zbigniew Obinski, 1968), które w wielu momentach jest bardzo niefortunne i nieporadne. O dziwo jednak, gdy dochodzimy do wymagających i skomplikowanych fragmentów przekład staje się bez zarzutu. Wygląda więc na to, że tłumaczowi zabrakło trochę fantazji i finezji językowej, a nie wiedzy czy umiejętności. 

__________________________________________________________
"Wyprawa Endurance", Alfred Lansing, wyd. Iskry, 350 stron, 1968 r.
oryg. "Endurance: Shackleton’s incredible voyage"

Moja ocena: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie uwagi, spostrzeżenia, sugestie czy rekomendacje są mile widziane. Wszystkie zawsze czytam, choć nie zawsze odpisuje. Jeśli komuś faktycznie zależy na kontakcie ze mną to najlepszym sposobem będzie droga mailowa.

podobne

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...