czwartek, 21 stycznia 2016

"Niagara" 1953


Jeden z niewielu z filmów, który ostał mi się w pamięci jeszcze z czasów bardzo wczesnego dzieciństwa to "Niagara". Właściwie to z całego obrazu zapamiętałam wyłącznie wodospad i Marilyn Monroe. To było bodaj moje pierwsze spotkanie zarówno z tym wodospadem jak i z tą aktorką, której powrót do mojego życia nastąpił znacznie później i w całkiem innym charakterze. Wówczas jednak zupełnie nieświadomie zaczęłam utożsamiać Niagarę z tą piękną kobietą. W końcu miały podobną siłę oddziaływania - na widok obu tych zjawisk nie można (było) się nie zatrzymać i nie patrzeć z zachwytem. Były chyba stworzone na swoje podobieństwo. Ostatnio postanowiłam przypomnieć sobie ten film i choć trochę uwolnić się od tych dziecięcych i naiwnych wyobrażeń. 

Niagara Falls, czemu zresztą trudno się dziwić, to obowiązkowy cel wszystkich podróży poślubnych. Wśród tego potoku młodych i szczęśliwych par zjeżdżających do miasta znajdują się Polly i Ray Cutler.  Wkrótce ich uwagę przyciąga piękna sąsiadka z tego samego pensjonatu, Rose. Kobieta nie ukrywa przed nowymi znajomymi trudnej przeszłości swojego męża, a jego porywczy i zaborczy charakter szybko daje o sobie znać. Cutlerowie stają się mimowolnymi świadkami coraz dziwniejszych zdarzeń, a ich kulminacją jest śmierć męża Rose, który jak wiele wskazuje popełnia samobójstwo rzucając się w otchłań wodospadu.

Rose wraz z Polly (Jean Peters) i Rayem (Max Showalter)


"Niagara" miała zadatki na film z prawdziwego zdarzenia. Błyskotliwa, zmierzająca w dobrym kierunku intryga szybko jednak się kończy by dać miejsce na przewidywalne i typowe rozwiązania fabularne. Niestety, wraz z śmiercią bohaterki granej przez Marilyn Monroe ginie również cała wyrazistość filmu. Tak się złożyło, że najciekawsza rola w całym filmie przypadła akurat Marilyn. Jej bohaterka była już sprawczynią sporego zamieszania, a z pewnością mogła być przyczyną jeszcze większego. Zresztą trzeba wspomnieć, że to postacie kobiece w "Niagarze" trzymają fason. Podczas gdy mężczyźni postępują w filmie impulsywnie, a często również bezmyślnie to kobiety w sytuacjach krytycznych stają na wysokości zadania. Mowa tu zarówno zarówno o Rose jak i Polly granej przez Jean Peters. 

"Niagara" to również jeden z tych filmów, w których Marilyn Monroe wygląda najładniej. Nie bez znaczenia jest fakt, że niemal w każdej scenie - nieistotne czy jest półprzytomna czy właśnie wyszła spod prysznica - ma pełny makijaż z obowiązkową krwistoczerwoną szminką na ustach. Warto też dodać, że to pierwszy film, w którym możemy oglądać Marilyn w technikolorze. Niezależnie jednak od tej nadgorliwej, a często po prostu zbędnej charakteryzacji gra Marilyn pozostaje naturalna i niewymuszona w swej zmysłowości. W swojej karierze MM miała stanowczo za mało okazji by wcielać się w role femme fatale czy kusicielek o kryminalnych rysach. A przecież nie ulega wątpliwości, że miała naturalne predyspozycje właśnie do takich ról. 

"Niagara" nie robi już takiego wrażenia jak kiedyś. To kolejny film, który zaczyna się bardzo dobrze, a kończy zaledwie poprawnie, bez fajerwerków czy większych emocji. W momentach gdy obowiązkowa akcja bierze górę nad zdrowym rozsądkiem i umiarem zazwyczaj tracę zainteresowanie filmem. Tak więc "Niagara" okazuje się filmem z niewykorzystanym potencjałem, którego największym atutem stała się widowiskowa sceneria i równie widowiskowa aktorka w głównej roli. To właśnie z tych powodów chcemy jeszcze cofnąć się w czasie i do niego powracać.
 
____________________________
"Niagara", kryminał, 1953 r.
reż. Henry Hathaway

Moja ocena: 6/10

1 komentarz:

Wszystkie uwagi, spostrzeżenia, sugestie czy rekomendacje są mile widziane. Wszystkie zawsze czytam, choć nie zawsze odpisuje. Jeśli komuś faktycznie zależy na kontakcie ze mną to najlepszym sposobem będzie droga mailowa.

podobne

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...