poniedziałek, 1 lutego 2016

Ostatnia wyprawa Scotta

Mianem "Ostatniej wyprawy Scotta" określono dzienniki, które dowódca wyprawy polarnej w latach 1910-1912, Robert Falcon Scott prowadził przez cały swój pobyt na Antarktydzie*. Ich początek wyznacza wypłynięcie okrętu "Terra Nova" z portu w Nowej Zelandii w listopadzie 1910 roku. Przez blisko półtorej roku Scott z zadziwiającą dokładnością notował swoje wrażenia, opisy życia (nie)codziennego w bazie czy wreszcie przygotowania do wielkiej wyprawy na południe. Nadrzędnym celem Scotta i jego towarzyszy miało być właśnie zdobycie Bieguna. Podróż ta jednak przeobraziła się w prawdziwy dramat. "Te proste notatki i nasze martwe ciała niech opowiedzą nasze dzieje". I tak po wielu miesiącach odnaleziono zwłoki Scotta i jego dwóch towarzyszy, a przy nich również dzienniki. Ich ostatnie fragmenty odczytano zdruzgotanym pozostałym członkom wyprawy by mogli zrozumieć jak doszło do tej tragedii. A czytając je nawet dziś pozostajemy nie mniej wstrząśnięci jak oni wtedy.

Robert F. Scott nie był jednym, który prowadził wówczas dzienniki. Jednak nikt chyba nie poświęcał się temu zajęciu z taką regularnością i skrupulatnością jak on. Nie pisał wprawdzie tylko dla siebie, bo najpewniej nosił się zamiarem ich publikacji w przyszłości. Choć notatki Scotta formą nie odbiegają wiele od rzeczowych sprawozdań z poczynionych prac to pozostają fascynującym zapisem polarnej rzeczywistości. Widać w nich również ciągłe poczucie odpowiedzialności za powodzenie całego przedsięwzięcia oraz nieustanną troskę zarówno o ludzi jak i zwierzęta. W Scotcie imponuje także jego ciekawość świata i ogólna wiara pokładana w naukę. Nie było takiej dziedziny, która by Scotta nie interesowała, ale pragnął on też dzielić się tą wiedzą z innymi organizując m.in. cykle wykładów. 

Dzienniki mówią równie dużo o ich autorze co o pozostałych członkach ekspedycji. Scott bowiem chętnie dzielił się spostrzeżeniami na temat swoich kolegów. Co niebywałe, na ponad 600 stronach nie znalazło się ani jedno słowo krytyki czy urazy względem innych. Wręcz przeciwnie - Scott pisał o swoich ludziach z ogromnym szacunkiem i podziwem. Każdy z nich - czy to kucharz, opiekun zwierząt czy naukowiec - spisywał się w oczach Scotta świetnie i zasługiwał na najwyższe pochwały. Na prawdziwą gwiazdę wyrasta tu Henry "Birdie" Bowers. Lista komplementów pod adresem Ptaszka wydaje się nie mieć końca. Są one jednak w pełni zasłużone, bo Bowers swoimi umiejętnościami, niespożytą energią oraz odpornością zadziwiał wszystkich łącznie z dowódcą. Był niewątpliwie cichym bohaterem tej wyprawy.

Kapitan Scott piszący swój dziennik, jeszcze w komfortowych warunkach
fot. H. Ponting, 1911

Scott zachowuje klasę do końca. Gdy jego położenie staje się rozpaczliwe nie rości sobie pretensji do nikogo. Zdobywa się na krótką uwagę: "Wczoraj doszliśmy do składu pod Górą Hoopera. Niewielka pociecha. Wszystkiego mniej, niż być powinno. Nie sądzę, by było to czyjąś winą. Psy, które byłyby naszym ratunkiem, najwidoczniej zawiodły. Przypuszczam, że Meares miał złą drogę powrotną". Scott umierał więc pogodzony z losem; nieświadomy gromów jakie wkrótce miały spaść na jego towarzyszy, a także na niego jako dowódcę. Scott nie wiedział także, że przejdzie do historii, że on i jego współtowarzysze w tej feralnej podróży staną się niebawem legendą, że ich klęska ostatecznie przemieni się w triumf jako symbol godności, wytrwałości i walki.

"Ostatnia wyprawa Scotta" może śmiało pretendować do miana najsmutniejszej książki, jaką czytałam. Nie dość, że ten dramat rozegrał się naprawdę to jeszcze został spisany do końca przez jednego z uczestników pozwalając tym samym na pełne odtworzenie losów ekipy biegunowej. Całość robi ogromne wrażenie, a ostatnie fragmenty wyciskają już łzy z oczu. W żadnej innej książce nie spotkałam się z przejawami takiej odwagi, wytrwałości i walki o życie do resztek sił. Nie ma słów by opisać akty szlachetności i przyjaźni tych ludzi. Na koniec dodam jeszcze, że choć znałam dobrze przebieg ekspedycji Terra Nova od jej obiecującego początku aż po tragiczny koniec to jednak od dzienników wprost nie mogłam się oderwać.

___________________________________________________________________
"Ostatnia wyprawa Scotta", R. F. Scott, wyd. Sport i Turystyka, 685 stron, 1960 r. 
oryg. "Scott's Last Expedition" 

Moja ocena: 9/10


*Dzienniki uzupełnione zostały niezbędnymi przypisami tak by czytelnik mógł zorientować się w realiach ekspedycji polarnej. Wyprawa biegunowa była skomplikowaną operacją logistyczną i organizacyjną, której przygotowania zaczęły już na pół roku przed właściwą datą podróży na południe. Doskonałe pojęcie o skali tego przedsięwzięcia (i wiele więcej) daje również książka "Na krańcu świata", napisana przez naocznego świadka tych wydarzeń, Apsleya Cherry-Garrarda. 


Zobacz też: "Ostatnia wyprawa Scotta" w zdjęciach

4 komentarze:

  1. Kiedyś bardzo ciekawiła mnie tematyka polarna, ale czytałam głównie o Amundsenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ciekawy wybór biorąc pod uwagę fakt, że Scott znacznie przyćmił Amundsena. Można powiedzieć, że życie może uczynić z człowieka sławę, ale dopiero śmierć legendę. Tyczy to się również Amundsena, choć chyba w mniejszym stopniu niż Scotta.

      Usuń
  2. Nie znam się na wyprawach związanych z Antarktydą, ale im bardziej zagłębiam się w Twój tekst, tym bardziej mnie intryguje ta książka. Aż z ciekawości sprawdziłam kim był autor :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na polskim rynku mamy skromną reprezentacje książek poświęconych tej najsłynniejszej wyprawie polarnej tj. powyższa i "Na krańcu świata". Najpierw przeczytałam "Na krańcu świata", a później już nie mogłam nie sięgnąć po te dzienniki... Mogę Ci tylko gorąco polecić zarówno jedną jak i drugą!

      Usuń

Wszystkie uwagi, spostrzeżenia, sugestie czy rekomendacje są mile widziane. Wszystkie zawsze czytam, choć nie zawsze odpisuje. Jeśli komuś faktycznie zależy na kontakcie ze mną to najlepszym sposobem będzie droga mailowa.

podobne

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...