Od jakiś 15 lat nie myślałam zbyt wiele o "Titanicu" Jamesa Camerona. Kolejne powtórki w telewizji omijam szerokim łukiem. Wtedy coraz częściej zastanawiam się co ja w tym filmie takiego widziałam, że przez kilka miesięcy od seansu dostałam na jego punkcie lekkiej fiksacji. Moim jedynym usprawiedliwieniem był wiek i głupota. Teraz bywam trochę zniesmaczona swoim zachowaniem. Ale wówczas nie byłam jedyna. Nigdy przedtem ani potem nie widziałam tylu ludzi w kinie na jakimkolwiek filmie. Prawdziwe kino, takie starej daty było wypełnione po brzegi; mieściło prawie 600 osób. Na kilka godzin przed seansem należało się zatroszczyć o bilet, a na pół godziny przed rozpoczęciem trzeba było zadbać o jakieś dobre miejsce. "Titanic" naprawdę porwał ludzi, nie tylko do kina. Wcale nie zdziwię jeśli będzie jednym z najbardziej dochodowych filmów wszech czasów.
