Wreszcie stało się dla mnie jasne, dlaczego Hanya Yanagihara pomimo nominacji do dwóch prestiżowych nagród literackich ostatecznie musiała odejść z kwitkiem. Booker Prize, potem National Book Award i nic. Być może faktycznie były lepsze książki, ale jak dla mnie po prostu "Małe życie" nie było na tyle dobre by otrzymać któreś z tych wyróżnień. Jestem chyba ostatnią osobą, która powinna mówić takie rzeczy, bo od ponad roku ta książka nie nadawała mi spokoju, a jej ogromny sukces stał się dla mnie ewidentnym potwierdzeniem jej wartości. Tak, zostałam fanką tej powieści na długo zanim zdążyłam ją przeczytać, a teraz przyszła dopiero pora na skonfrontowanie oczekiwań z rzeczywistością.
Próby przybliżenia fabuły obejmującej kilkadziesiąt lat i przeszło 800 stron chyba z zasady mijają się z celem. Dość powiedzieć, że punktem wyjścia są tutaj losy czwórki przyjaciół; począwszy od ich spotkania w college'u, poprzez pierwsze kroki w dorosłość, związane z tym rozczarowania, a częściej sukcesy zawodowe, aż po wiek dojrzały. Z biegiem czasu ta więź pomiędzy nimi rozluźnia, ale wkrótce zaczynamy poznawać Jude'a, Willema, JB oraz Malcoma z bardziej indywidualnej perspektywy. Ta kolejność, w jakiej wymieniono imiona bohaterów bynajmniej nie jest przypadkowa. Szybko zorientujemy się, że pierwsze skrzypce gra tu przede wszystkim Jude, który w porównaniu do swoich kolegów jest milczący, tajemniczy i skromny. To Jude jest prawdziwym powodem, dla którego powstała ta książka, a pozostałe postacie krążą wokół niego trochę jak satelity.